Losowy tekscik:
-Idź już, Aldorencie – wtrąciła cicho Lorana. – Daj jej jeszcze trochę czasu. To dla niej wielkie przeżycie.
Mężczyzna wyszedł z samochodu. Słyszały, jak nawołuje we Wspólnej Moie. Dawno przestała go słuchać, obejmując oboma ramionami zagłówek fotela Lorany i nerwowo przygryzając palce.
Czuła ciężki zapach perfum tamtej, z którymi malarka nie lubiła się rozstawać. Jej podobno czarne, cudownie gęste włosy łaskotały nos nastolatki. Lorana wciąż była nachylona pod kątem kilku stopni, przyprawiając malarkę o lekki zawrót głowy i zmuszając do ostrożnego chodzenia, a łódź podskakiwała nieprzyjemnie przy każdym silniejszym skręcie. Zaczęły ją nagle męczyć mdłości. Miała nadzieję, że uda jej się ukryć ten fakt przed Aldorentem, który miałby kolejny powód, by poczuć się istotą ulepioną z lepszej gliny.
Stanęła przy stole, spojrzała łakomie na niedojedzony baton ze sprasowanego mięsa. Przechwycił ten wzrok i po chwili wahania otworzył małą lodówkę, a następnie podał ej owinięte w aluminiową folię mocno upieczone udko kurczęcia, które kupił w jakimś barze szybkiej obsługi jeszcze w Derbachii, oraz puszkę napoju, który w Sangacji zastępował nieśmiertelną Coca Colę. Westchnął i dorzucił jeszcze do tego schowane na czarną godzinę duże, idealnie czerwone jabłko.
-Dziękuję – mruknęła, odwijając folię. Obejrzała dokładnie puszkę, szukając zamknięcia. Powstrzymując uśmieszek triumfu wyjął jej opakowanie z dłoni i odciągnął metalowy kapsel. W małym pomieszczeniu rozległo się syknięcie uciekającego gazu. Lorana powąchała podejrzliwie ciemny napój, marszcząc brwi w wyrazie dezaprobaty.
-Co to jest? – spytała.
-Pij. Ten napój stworzył Amerykę i nadal nie potrafimy bez niego żyć. Nie otrujesz się.
Wypiła kilka łyków. Płyn nie smakował jej, był zbyt słodki i nie przypominał w smaku niczego, co znała. A jednak opróżniła puszkę do dna, ponieważ musiała czymś popić mięso posypane po wierzchu jakąś ostrą przyprawą.
-Zawsze tak jecie? – spytała, zagłębiając z ulgą równe zęby w miąższ owocu.
-Nie zawsze. Tylko ci, którzy poświęcili całe życie tradycjom swego plemienia i spędzili je w miejscu, w którym się urodzili, lub w jego bliskim sąsiedztwie. Tacy jak ona i jej starsza siostra stawali się powoli cudzoziemcami.